Kim jest Howard V. CHaykin?!

Za kilka dni rusza Festiwal Komiksu w Łodzi, a wśród gości figuruje min. Howard Chaykin. Czytając notki prasowe trafiałam głównie na sensacyjną informację, że 40 lat temu narysował kilka zeszytów Marvelowskiej adaptacji Gwiezdnych Wojen (na specjalne życzenie Georga Lucasa, który jest wielkim fanem Howarda). Nie mogę pozwolić, żeby takie notki zaspokoiły Twoją ciekawość. To jakby ktoś zaproponował Ci gryza soczystego hamburgera, ale nie, Ty decydujesz się zostać przy sałacie. Ludzie przecież jedzą sałatę od setek lat, czyż nie?! Komu potrzebne to świństwo?! Ale przecież wgryziesz się w niego bo odkąd pierwszy raz gęsty sos pociekł Ci po brodzie, nie możesz się oprzeć. Tak samo jest z Howardem, gdy rozsmakujesz się w tym, co serwuje. To nie dietetyczna rozrywka. Czegokolwiek szukasz w komiksie, ma wszystko czego potrzebujesz i dużo, dużo więcej. I chociaż jego wizja świata nie jest zdrowa, doskonale zaspokaja apetyt.

 Otwierają się przed Tobą dwa soczyste wymiary świata Howarda Chaykina. Wyląduj miękko na tych gorących bułeczkach. I nie zapomnij przybić mu piątki na festiwalu. Epizod związany z narysowaniem Gwiezdnych Wojen wydłubiesz potem wykałaczką*.

*Zwłaszcza, jeśli jesteście zawziętymi jedi i nie znosicie Star Treka, bo, uwaga, robił też dla Roddenberry’ego!

 

(foto: Who’s who in Star Trek / DC/ marzec, kwiecień 1987r./ kolekcja prywatna)

How, Howard?

Howard Chaykin urodził się w 1950r. i dorastał w Brooklynie. To nie mogło być łatwe. Gangi zaczesanych na pomadę kolesi tłukących się wśród ceglanych domków mogą dzisiaj wydawać się uroczym zjawiskiem. Schody zaczynają się, kiedy wyjmie się ich z hollywoodzkiej scenografii i zdejmie igłę gramofonową z ciepłego jeszcze rock&rolla. Rozum szybko przypomina, że bieda, zderzenie kultur i powojenna odwilż nie stanowią wymarzonego tła dla beztroskiego dzieciństwa (nie żeby beztroskie dzieciństwo było czymś esencjonalnym do późniejszej transformacji w rozpoznawalnego artystę). W rozmowie w Brianem Costello, Howard wspomina: „(…) I don’t ever loose touch with that – with the poor jewish background, the ghetto background, with growing up with want„.

 W rozdziale „The kid from Brooklyn” z albumu „Art of Howard Chaykin” (Dynamite Entertainment, 2012) zdradza, że po raz pierwszy natknął się na komiksy w wieku 4 lat. Stało się to za sprawą kuzyna, który podarował mu starą zamrażarkę pełną zeszytów: westernów,  opowieści superhero, kryminalnych, o małych zwierzątkach, itp. Krótko mówiąc – pełen pakiet dziwactw. Od tamtej pory stale mu towarzyszą. Jak Stephen King dzieciństwo spędził samotnie przed telewizorem, pochłaniając nieskończone ilości przypadkowych programów. Komiksy, jak sam stwierdził stanowią idealne przedłużenie narracji spotykanej w telewizji (przynajmniej ówczesnej). Na podobną przypadłość „skarży się” Quentin Tarantino. Spustoszenie, jakiego ten rodzaj tv-niani dokonuje w chłonnych dziecięcych móżdżkach pozostawię wam pod rozwagę, ale wiele zależy od tego, na jakie podłoże trafi. Umysły tych Panów nasiąkły przerysowanym, telewizyjnym obrazem rzeczywistości, za co w cudowny sposób mszczą się na swoich odbiorcach. Co więc moglibyśmy znaleźć na dnie Howardowej pamięci? Przypominam, że znajdujemy się jeszcze w latach 50.: kowboje, indianie, herosi, niskobudżetowe sci-fi, niezdrowo wyszczerzone domowe gospodynie, amerykański sen, powtórki hitów z Ginger Rogers, I love Lucy, pękająca w szwach pruderia, jeszcze trochę kosmitów, zagmatwane newsy, jednym słowem – niezły burdel.

Opowiadając o własnym dorastaniu, Chaykin jest dla siebie kompletnie bezlitosny  Często podkreśla, że był żałosnym grubasem, geekiem zaczytanym w komiksach i magazynach sci-fi, z wąskim gronem kolegów i przerośniętym ego. Wyobraźmy go sobie u progu lat 60., kupującego używane komiksy (klasyki „złotej ery” i słodkie potworności z EC comics) za kilka centów, sprzeczającego się z garstką pryszczatych okularników o wyższość jednego herosa nad drugim. Brzmi znajomo? Tak, we mnie też to wzbudza wielką sympatię. Podobnie jak Howard nie mam już pryszczy i nieźle sobie radzę w kontaktach z nie-geekowymi znajomymi, ale introwertyk który raz zakwitł na książkowym kurzu, kłuje nosiciela raz na jakiś czas, niezależnie od wieku.

Zainteresowanie komiksami pielęgnował w wąskim gronie kumpli. Nie miał najlepszych kontaktów z rodziną ani wtedy, ani później. Pewną podpowiedź co do stosunków rodzinnych może stanowić fakt, że do śmierci matki w latach 90. Howard nie wiedział, że nie jest synem gościa, którego uważał za ojca. Jego plan, żeby zostać rysownikiem nie spotkał się z zainteresowaniem, ani tym bardziej wsparciem najbliższych, był przez nich traktowany raczej jako fanaberia. Tak, to też wzbudza moją sympatię.

Bez cienia zażenowania Howard wspomina, że w collegu odkrył rewolucję seksualną i narkotyki, był kompletnie nieprzytomny przez kilka lat, cudem przeżył i to cenne doświadczenie pozwoliło mu zrzucić z siebie piętno smutnego geeka. Cóż, Off festiwal nie zapewni nam tego, co Woodstock 1969, ale warto próbować.

Na konwent pierwszy raz pojechał ponoć w 1970 r., a już rok później ukazała się jego pierwsza profesjonalna praca (Shattuck, seria Wally’ego Wooda, western w odcinkach publikowany w Overseas Weekly).

 

(Shattuck/ wyd. zbiorcze, Fantagraphics 2016/ kolekcja prywatna)

„Space is my dwelling place, stars my destination”

Howard zaczynał karierę jako asystent u innych rysowników. Najpierw u Gila Kane’a, który stał się jego mentorem. Choć nie zabawił u niego długo, w „Art of H. Chaykin” podkreśla: „I learned what what it took to do what we do for a living”. Zdecydowana większość komiksiarzy z jego generacji zaczynała w ten sposób. Jak zwykle bezlitosny wobec siebie, Howard w wielu wypowiedziach daje do zrozumienia, że w profesjonalne środowisko pomogło mu się wkręcić wyłącznie to wspomniane już, przerośnięte ego. Nie był artystycznie wykształcony. Warsztatu nabierał żmudnie, w bólach i w znacznym stopniu już będąc zatrudnionym. Bogu dzięki był za to upierdliwy i nie odpuszczał.

gil-kane-conan-the-barbarian-17-splash-page 8882db7713bcba666fafbb5c70c1d177--black-white-art-horror-comics

(z lewej: Gil Kane, Conan, kwiecień 1972 /

z prawej: Neal Adams, Vampirella, kwiecień 1975)

Oprócz Gila Kane’a, Chaykin był asystentem u takich supergości jak Wally Wood, Gray Morrow (klik: w linku piękna galeria), czy Neal Adams.  Howard stał się częścią tego naszpikowanego legendami krajobrazu. Być asystentem Wally’ego Wooda? Przyznaj, też czasem wyobrażasz to sobie to przed snem…

(foto: Wally Wood stories/ IDW, 2015/ Galaxy art and Beyond/ IDW, 2016/ kolekcja prywatna)

Pierwsze samodzielne zlecenia Howard dostawał na tyle na wyrost, że o czasie był w stanie jedynie złożyć szkice. Chociaż nie on jeden poprzestawał na byciu „pencillerem”, w jego przypadku okazało się to skutecznie wstrzymywać rozwój kariery. Przez prawie dekadę jego rysunki tuszował kto inny. Tyczy się to także  nieszczęsnych, kultowych Gwiezdnych Wojen. Jak większość, Howard nie miał za dużej wiary w ten projekt. Kiedy Lucas zarekomendował go jako rysownika serii komiksów promujących film, zgodził się głównie dla pieniędzy. Podobno dziś żałuje, że nie przyłożył się bardziej do tego projektu, choć w wywiadzie dla Olly’ego McNamee mówi: „Star Wars poisoned my career”. Najważniejsze jednak, że pokazał się i został zapamiętany.

Niestety szkice Howarda dużo traciły wykańczane przez kogoś innego. Jego styl ginął pod tuszem nakładanym cudzą ręką, tak wygładzony tracił charakter. Nic dziwnego – ma bardzo specyficzną kreskę. Nie jest to typowy „clean & sleek look” Marvela i potrzeba było czasu, żeby mógł  przekuć tę osobliwość w cenioną umiejętność.

W jaki sposób Lucas w ogóle dowiedział się o tym tajemniczym, nieokrzesanym rysowniku?

 

(Cody Starbuck/ Star Reach Productions, 1978/ kolekcja prywatna)

W latach 70. Howard próbował sił na wielu frontach. U boku Graya Morrowa – w Marvelowym Man-Thingu. Dla magazyu Swords of Sorcery wydawanego przed DC, narysował adaptację Fahrd and the Gray Mouser*, powieści Fritza Leibera z lat 30. Dziś jest to historyjka najwyżej urocza, ale jeśli lubisz Savage Sword of Conan, to możesz mieć z tego sporo frajdy. Jeśli nie  –  cóż, żal mi Cię, młody człowieku.

Nie próżnował także na froncie sci-fi/superhero i ze swoim bohaterem, Iron Wolfem, wystąpił w innym magazynie DC – Weird Worlds. Po komercyjnym debiucie umieścił kolejnego międzyplanetarnego herosa, Cody’ego Starbucka, w jednej z pierwszych, niezależnych antologii sci-fi: Star Reach**. Ten właśnie tytuł znalazł fana w osobie Georga Lucasa, i przysięgam – w jego twórczości daje się wyczuć pewną dozę inspiracji Codym – zwłaszcza biorąc na warsztat postać Hana Solo. Wcale nie zwariowałam! Jeszcze.

 

*Po pierwsze – Fahrt, a nie fart. Nie myślcie sobie. Po drugie – Conan, tylko taki nieco weselszy, no i pirat! Uch, Leiber przeszyłby mnie włócznią.

** …choć nie był to jedyny komiks, jaki zrelizował dla antologii. Warto odnotować też kilka odcinków serii „Gideon Faust”.

KLIK! – wideo z instagrama a w nim:

(plansze z komiksu Fahrd and the Gray Mouser/ Dark Horse, 2016/ kolekcja prywatna)

wp-image-1644995388

(plansze z antologii Creepy/Bernie Wrightson, kolaboracja z Chaykinem/  Dark Horse, 2011/ kolekcja prywatna)

Od tego momentu ilość publikacji rośnie – nazwisko Howarda znajdziecie w wydawnictwach takich jak Creepy, Detective Comics, Vampirella, Savage Sword of Conan, Kull and the Barbarians (kolejny rywal Conana), Solomon Kane, Weird War Tales czy Heavy Metal. Warto wspomnieć, że zaprojektował postać Taarny z kultowego filmu animowanego Heavy Metal z 1981r., jak i wiele storyboardów – min. całą sekwencję z udziałem ptaszyska. Jest także odpowiedzialny za wygląd femme fatale w sekwencji, za którą odpowiadał Juan Gimenez.

AeYb0mg

(Taarna… mizi, mizi!)

Udział w filmie komentuje: „I storyboarded about 5 minutes of Taarna sequence (…). I haven’t seen the movie since then”. Zrób to za niego. Warto!

Howard był zawiedziony komercyjnym komiksem. Robota ciężka, kasa  niewielka, a nadchodzącej sławy nigdzie nie było widać. Wtedy pojawiło się wydawnictwo Byrona Preissa ze swoim dziwnym wynalazkiem – visual novel. Ni to proza, ni komiks, jak widać na przykładach poniżej, za to wspaniałe pole do popisu dla ilustratora. Howard dostał możliwość zwizualizowania uwielbianych przez siebie powieści sci-fi, sporą stylistyczną swobodę (poza kompozycją kadrów, którą bezwzględnie narzucał Byron)* i możliwość zrealizowania projektu o jakim marzył, bez sztywnych reguł rynku komiksowego i w nowatorski sposób. Co typowe dla ambitnych projektów, żeby go zrealizować, musiał mocno się zapożyczyć. Po godzinach nadal przyjmował zlecenia komercyjne, by w pojedynkę, żmudnie doprowadzić nowele do planowanego rezultatu. Jako muzyk od kilku lat mierzę się z czymś podobnym: albo coś jest przyjemne, albo dobrze płatne. Na szczęście Howard doprowadził do końca projekty dla Byrona Preissa, choć trwało to kilka lat. Uważam je za mocno niedocenione perełki. Każde wydanie wyrwane z gardzieli Ebaya to mój skarb.

 

*wydawcy lubią bezwzględnie narzucać różne rzeczy… wiem, bo jestem wydawcą.

(Empire/ Byron Preiss Visual Publications, 1978/ kolekcja prywatna)

Szczerze wzruszają mnie ręcznie malowane wybuchy, rozgwieżdżona przestrzeń kosmiczna akcentowana białą farbką, błyskające trajektorie lotu kosmicznych wehikułów. Oryginalna kreska i świetne efekty specjalne, uzyskane tradycyjnymi metodami. Czadowe rozkładówki. Postacie noszą totalnie odlotowe kostiumy, zachwyca mnie design wnętrz i przedmiotów. Fabuła jest dziwacznym melanżem taniej przygodówy ze spirytualistyczną pogadanką i kilkoma pomysłami dobrymi dla hard-sf. Niektórych mogłoby to zdenerwować, ale dla mnie to jest optymalne połączenie. Im więcej turbulencji, tym lepiej.

Jeszcze piękniejsze jest wydanie ilustrowanej przez Howarda visual novel „Stars my Destination”. Kiedy dowiedziałam się o istnieniu tej adaptacji prawie wyszłam z siebie. Kilka lat wcześniej czytałam polską wersję powieści – „Gwiazdy moim przeznaczeniem” – wydanie Perfekt Office (Perfekt Office? Jakiś bibliofil podpowie, czy to w ogóle było legalne?) z 92′. Oryginalny tekst napisał Alfred Bester w 1955r. Właśnie takich powieści nastoletni Howard był fanem… moja sympatia rosła z każdą chwilą! Tutaj miał więcej swobody w kompozycji kadrów, wprawiając się nadal w ich malowaniu (co mogło mieć związek z tym, że był wówczas mężem Dainy Graziunas, kolorystki znanej z malarskiego stylu na długo przed Alexem Rossem – znacznie wyprzedzającej swój czas). Smaczku dodaje tym planszom fakt, że Chaykin od urodzenia jest daltonistą. A jaką Ty masz wymówkę?

 

KLIK! – wideo z instagrama a w nim plansze z:

(Stars my destination/ Byron Preiss Visual Publications, 1979/ kolekcja prywatna)

W podobnym czasie i podobnej stylistyce powstają też zeszyty „Dominic Fortune”, kolejnego super „syna” Howarda, które ukazują się w The Hulk Magazine. Chaykin przez kilka lat był związany z tym wydawnictwem. Byłam przyzwyczajona do komiksów z Hulkiem z lat 90., i przeżyłam przemiłe zaskoczenie widząc go odpicowanego na potrzeby ciut starszego czytelnika. Kocham, wielbię, adoruję ten magazyn, choć dopiero od niedawna – od czasu kiedy odkryłam go w strefie śmierci Geek Zone, na dnie zapasów. Teraz w otchłani ebay-a szukam numerów z lat 1979-81 z nadzieją na ślady obecności Howarda.

wp-image-278823911

(Dominic Fortune, The Hulk Magazine luty, 1981/ kolekcja prywatna)

Tymczasem, nieubłaganie zbliżamy się do lat 80., w których maestro miał raz na zawsze dosyć bycia grzecznym chłopcem. W tej części ograniczę się do przykładów z komiksów, które posiadam i czytałam.  Pominę w ten sposób wiele ważnych produkcji, ale w przeciwnym razie mój pean nigdy się nie skończy.

Kiss of death

O ile dotychczasowe doniesienia mogą pokazać wszechstronność Chaykina i jego gotowość do podjęcia się absolutnie każdego wyzwania, o tyle sedno jego stylu, i ostrze jego narracji tkwi po uszy w seksownych latach 80.

Kto raz w życiu zobaczył Rachel z Blade Runnera, nie zapomni do końca życia jej, ani tego, jak była ubrana. W modzie lat 80. modne było nawiązywanie do tej z lat 40. Zaś w sci-fi z lat 80. mamy absolutnie cudowny wynalazek: 80s kreujące 2020s udające 40s. Palce lizać retrofuturyzm. Tymczasem Howard dostaje zlecenie od nowo uformowanego First Comics, gdzie doprowadzi tę modę do paroksyzmu. Przy okazji, razem z równolegle działającymi artystami, kładąc podwaliny cyberpunku. Nadchodzi American Flagg!

Howard wreszcie może się wyżyć. Kiedy jego wieloletni znajomy Mike Gold proponuje mu współpracę, Chaykin był zdziwiony, że dostał wolną rękę w realizacji przedsięwzięcia. Tymczasem, bazując na wieloletniej znajomości z przyjacielem, Gold argumentuje:

„I wanted a complete mind-fuck. That was, of course, Howard Chaykin”.

First nie musiało przejmować się tym, czy komiks będzie odpowiedni dla dzieci albo czy nikogo nie obrazi. Przewaga (jedna z niewielu) niezależnych wydawnictw. Howard mógł zrobić wszystko. Wydawca chciał jego, a nie konkretnej historyjki, którą ten miałby zrealizować. Dostając do dyspozycji własny świat, Chaykin wyprodukował swój pierwszy mega-hit, oraz jeden z najlepiej sprzedających się tytułów w historii niezależnego komiksu. Nareszcie mógł wyłożyć wszystkie swoje asy.

Efektem tego jest komiks równie błyskotliwy, co schizofreniczny.  Masz w domu kogoś, kto lubi skakać po kanałach telewizyjnych? Jeśli tak, możesz sobie wyobrazić jak wygląda lektura American Flagg! To jest świat wypaczony przez soczewkę tv – w dalekiej przyszłości, ale jednak na wskroś 80s. Były gwiazdor serialowy zostaje prawdziwym gliną i stopniowo odkrywa kolejne warstwy korupcji i zbrodni, które toczą jego ojczyznę. Wszystko jest podane z dużą ilością seksu, czarnego humoru, groteski i absurdu. Świetnie napisanych dialogów. Soczystych bohaterów. Och, trzeba lubić jazdę bez trzymanki. Jeśli jednak gadający kot w cybernetycznych rękawiczkach umożliwiających mu pisanie na maszynie nie zachęca Cię do czytania, to nie wiem co mogłoby pomóc.  Zrzędliwy, gadajacy kot – dziennikarz! Gangi motocyklowe! Porno! Cyberpunk! Akcja! Przygoda! I te piękne literki!

 

(American Flagg! vol 1&2/ Image Comics, 2008/ kolekcja prywatna)

Niewielu jest literników, którzy zdobyli jakikolwiek rozgłos jako gwiazdy komiksu. Ken Bruzenak zdecydowanie należy do tego wąskiego grona, być może jako jedyny członek. W czasie kiedy powstawały plany Flagg!a, desperacko szukał roboty. W swojej desperacji nie zawahał się skontaktować z poleconym mu Chaykinem, chociaż dzielił ich dość szczeniacki konflikt. Chaykin był uczniem Neala Adamsa, a Bruzenak – Jima Steranko. Z jakieś przyczyny światek komiksowy obiegła opinia, że panowie są zaciekłymi wrogami.  Chłopcy mieli za sobą całe lata omijania się szerokim łukiem na konwentach oraz opluwania w kuluarach, ale na szczęście brak kasy przełamał barierę. Chaykin zatrudnił Bruzenaka, który w mojej opinii odpowiada za znaczny procent graficznego geniuszu tej serii i wielu kolejnych, przy których współpracowali. Czcionki i loga, które wspólnie projektowali dla dziesiątek – esencjonalnych dla kompletnego wizerunku cyberpunkowej opowieści – korporacji występujących w komiksie, to miód na serce świra. Onomatopeje, które widać na planszach, stanowią integralną część rysunków i narracji. One nie tylko tam są, żeby wspomóc ekspresję. W komiksach Howarda realizowanych do spółki z Bruzenakiem po raz pierwszy zobaczyłam, jak wielką rolę w komiksie może odkrywać dźwięk(!). Furkot helikoptera, stukot obcasów, salwę z karabinu – można to wszystko usłyszeć. Oczami. Bardzo dziwne uczucie.

wp-image-208425408

(The Shadow: Blood & Judgement/ Dynamite Entertainment 2012/ kolekcja prywatna)

American Flagg! to także jedyny komiks Chaykina, poza tymi malowanymi, w którym nie czepiam się kolorystyki (za ten aspekt odpowiada ówczesna żona – a miał ich sporo – Leslie Zahler). Zazwyczaj jego rysunki wychodzą bez porównania lepiej w czerni i bieli. Jest coś takiego, w typowej dla niego, gęsto położonej linii, miejscami urywanej, że postaci zdają się poruszać. Plansze Chaykina są przez to bardzo dynamiczne – przemyślaną pod tym kątem kompozycję, wspierają „wiercące się” w swoich kadrach postaci. Po nałożeniu koloru ta filmowa dynamika bezpowrotnie ginie, albo się spłaszcza. Natomiast pieczołowicie dopracowany Flagg! jest pociągnięty grubą linią jak Ranx! Liberatore, cieniowany kropkowaniem i jeszcze przed nałożeniem koloru, dwoma rodzajami szarości, które dodają smacznej głębi obrazu. Gdyby tak nakarmić kwasem maszynę drukarską, która miała za zadanie wypluć kilkaset stron plakatów coca-coli z lat 40., to wielka szansa, że wyszłoby coś w tym stylu.

Produkcja komiksu była niesamowicie wymagająca, zwłaszcza, że zespół złożony z Howarda jako scenarzysty i rysownika, jego dwóch nastoletnich asystentów, żony kolorystki i Bruzenaka, musiał dostarczać 23 stronicowy odcinek co miesiąc. Pracowali w Upstart Studio, dzieląc biurka z gwiazdami takimi jak Frank Miller czy Bill Sienkiewicz. Wytrzymali dwa lata. Praca nad komiksem była wykańczająca i na długo wyssała Howarda z energii  oraz pomogła zrujnować jego małżeństwo. Tym niemniej pomogła mu też zdobyć wyczekiwane uznanie i spłacić długi zaciągnięte w czasach, kiedy pracował dla Byrona Preissa. W 1985 ostatecznie wycofał się z serii przekazując ją innym twórcom. Okazało się jednak, że bez Howarda nie ma Flagga. Sprzedaż spadła na łeb na szyję i wkrótce wycofano komiks z rynku.

 

wp-image-2075203029

(Times square/ First Comics/ kolekcja prywatna)

W 1986 Chaykin wyprodukował dwa tytuły, które plasują się w moim komiksowym top 10 wszech czasów – Times2 i The Shadow: Blood & Judgement. Jeden niezależny, drugi mainstreamowy. Jeden stanowi manifest artystyczny, drugi jest totalną pulpą. Oba są przesiąknięte osobowością Chaykina na wylot i można go w nich rozpoznać choćby z zamkniętymi oczami. Wystarczy, ze ktoś przeczyta kilka dialogów.

Sam Howard wypowiada się o Times2 następująco: „I often describe it as what you’d get if Philip K. Dick and Damon Runyon collaborated on a prime-time soap and that about covers it”.

Witaj w Bop-city. Mieście przyszłości, które żyje jazzem, jakiego świat dotąd nie zaznał. Oto bowiem wskrzeszani są martwi geniusze trąbki, by godzinami zabawiać bywalców nocnych klubów. Wśród nich znajduje się, oczywiście mafia, dowodzona przez zrzędliwą babcię, piękne sex-roboty, które czasem wymykają się spod kontroli, komisarz demon, który spółkuje z samochodem, inżynierowie genetycy, yiddishe amant (taki jest w każdym komiksie Howarda) i cała gama femme fatale. Ta wesoła gromadka próbuje znaleźć swoje miejsce w noirowym kryminale, osadzonym w dystopijnej przyszłości. Dalsze opisywanie fabuły mija się z celem,  to trzeba zobaczyć jako całokształt. Rysunek i tekst są nierozerwalne. Tak, jak powinno to przebiegać w komiksowym medium. Times2 jest niesamowicie intensywny. Jak ciemne piwo. Zachwycasz się smakiem, ale zanim sięgniesz po drugie, musisz napić się czegoś innego, bo  Cię mdli. Nie przebierając w słowach: uwielbiam ten komiks. Seks-roboty i duże ilości jazzu. Czego chcieć więcej?

Równie dziwacznie może zabrzmieć próba przybliżenia fabuły Blood & Judgement, gdzie Chaykin, wychowany na klasycznej pulpie, wywraca Shadowa na drugą stronę. Cały rozkoszny idiotyzm komiksów superbohaterskich został tu z premedytacją doprowadzony do ekstremum. Powstał mroczny pastisz i świetny komiks akcji. Znajdziesz tu wszystko. Dosłownie wszystko. To niemożliwe, aby Shadow został gwiazdą post-punka? Mylisz się. Jest wampirem, mnichem z Shangri-La, przebrzydłym seksistą, uwodzicielem wnuczek, mrocznym mścicielem,  szmuglerem, pilotem, gwiazdorem rockowym, ojcem dwóch chińczyków, pilotuje batmobil i daje kosza 70-latniej Margo Lane. Wspomniałam, że lata tym batmobilem jak statkiem kosmicznym? Tu także pobrzmiewają jazzowe kawałki, co sprawia, że cała ta krwawa mieszanka nabiera słodyczy właściwej pierwszym słuchowiskom z udziałem Shadowa. Mam wielką frajdę odnajdując nagrania, które nucą bohaterowie. Próbując wyobrazić sobie, czego Howard słuchał przy pracy. Na przykład podczas strzelaniny z ekipą gotów i dandysów, kiedy w furgonetce zapakowanej tuż obok stary współpracownik Shadowa posuwa koleżankę z dawnych lat i nuci taką piosenkę:

 

KLIK!

Charakterystyczny styl rysowania bohaterów jest w tym czasie już w pełni rozkwitu. To są komiksy dla dorosłych i występują w nich dorośli ludzie. Mocne kobiety, faceci z jajami. Brutalni, napaleni, porąbani. Takich superbohaterów można jeść łyżkami. Peter Parker mógłby im… wiązać sznurówki. Shadow o tym wie. Ciekawą sprawą jest to, że Chaykin ma swoich „aktorów”, których używa do różnych zadań. Tak jak u Davida Lyncha, widzimy często te same twarze. Już znajomy, nieco melancholijny bohater o żydowskich korzeniach, kwadratowej szczęce i bokserskim nosie, z czarnym lokiem opadającym na czoło i w rogowych oprawkach okularów, uwodzi mnie w każdym kolejnym kupionym przeze mnie komiksie Howarda. Lubię spotykać drugoplanowe postacie w niespodziewanych miejscach. Wychwytywać zbieżności nazwisk, śledzić, czy to te same osoby. Łapać Howarda na małych fetyszach, którymi maniakalnie obdarza swoje bohaterki. Jeśli w komiksie ani razu nie pojawia się babka ubrana w pończochy ze szwem i oczkiem nosząca szpilki zapinane w kostce, musieliście pomylić autora.

Po tych publikacjach Chaykin dostał łatkę cynika (niesłusznie), ekscentryka (kto wie) i jak sam to określa: dołączył do zacnego grona autorów „rated M, mark of Cain”. Comic code, hipokryzja i cenzura kastrująca nieograniczone możliwości medium nieustająco go frustrowały. Razem z Frankiem Millerem i Alanem Moorem aktywnie protestowali przeciw cenzurze DC, która jakoś nie chciała umrzeć. Założyli nawet specjalne stowarzyszenie. Ale przede wszystkim, jako prztyczek w nos, powstał Black Kiss

…a Black Kiss to pierwszy komiks Chaykina z jakim się zetknęłam. Trafiłam na niego zupełnie przypadkiem, szukając polecanych komiksów erotycznych z myślą o wydawnictwie Planeta Komiksów. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Co kilka stron wykrzykiwałam „no nie! to niemożliwe!”, gubiłam się, wracałam się o dwa rozdziały wcześniej, by znaleźć rozwiązanie w urywkach rozmów telefonicznych. Howard, kochający muzykę, słyszy ją wszędzie i naprawdę umie oddać to, jak ludzie rozmawiają. Zawsze uderzało mnie, że w komiksowych dymkach mających funkcje dialogowe, spotykałam pełne, płynnie wypowiedziane zdania wielokrotnie złożone. To nienaturalne, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Tymczasem tutaj bohaterowie wchodzą sobie w słowo, urywają myśli, zmieniają temat, czasem coś bredzą pod nosem. Black Kiss w budowie scenariusza jest bardzo filmowy  i strasznie żałuję, że nigdy nie powstała adaptacja na srebrny ekran. Koniecznie Cronenberga, albo Dario Argento.

Tłumaczyłam Black Kissa na język oj!czysty, a moje przygody z tym związane pomieściłby osobny wpis. Komiks, który się tłumaczyło, odbiera się zupełnie inaczej niż taki, który się raz czy dwa przeczytało. Na wylot poznajesz każdą linijkę, każdy niuans, starasz się przemyśleć każdą bzdurę dwa razy. Nie będę więc rozpisywać się na temat BK, ograniczę się do krótkiego podsumowania:

Ten komiks jest seksowny i obrzydliwy zarazem. Czasem tak straszny, że aż śmieszny, czasem tak śmieszny, że aż straszny. Napakowany treścią, napakowany seksem, przekrojony na pół wypuściłby kandyzowane wisienki i koktajl ze spermy umarlaka. Nie dla każdego, ale jeśli lubicie patrzeć na cycate blondyny zanoszące się złowrogim śmiechem i diabelsko trafne puenty – bierzcie i jedzcie z tego wszyscy.

Black Kiss, zrobiony z przekory, okazał się być najlepiej sprzedającym się komiksem Chaykina w całej jego karierze. Po wielu latach, w 2012r., powstał prequel – Black Kiss 2, który opisuje losy głównej bohaterki na 100 lat przed wydarzeniami pierwszego tomu. Tak, 100, nie 10. Sprawdźcie sami. Lektura tomu drugiego i refleksja nad autorem przekonały mnie, że niektórzy wcale nie łagodnieją z wiekiem. Warto być sobą. Sex sells.

 

wp-image-2143697874

(porównanie okładek – Black Kiss w wersji Planety Komiksów, w wersji Dynamite, oraz wydanie zbiorcze Black Kiss 2)

Affectionate deconstruction

Chaykin zyskał sławę komiksiarza lubującego się w klimatach noir i retro, oblatanego w uniwersum klasycznych bohaterów, ale potrafiącego złamać ich w odpowiednich miejscach tak, by dopasować ich do współczesnego odbiorcy. Wydaje się więc zupełnie naturalne, że został alchemikiem-wskrzesicielem wielu superherosów.

Po zakończeniu emisji kolejnych, owianych aurą skandalu zeszytów Black Kiss, Howard zajął się rysowaniem ciekawego cross-overa dla Marvela. Nick Fury i Wolverine połączyli siły w mini serii Scorpio. Warto kupić ze względu na rysunki. Oprócz Chaykina, możemy pooglądać plansze Johna Buscemy i Shawna McManusa. Niby nic – ot, polowanie na cirminal mastermind. Ale wystarczy rzut okiem i od razu chce się czytać.

 

wp-image-203575914

(wyd. zbiorcze Wolverine Nick Fury Scorpio/ Marvel, 2012/ kolekcja prywatna)

Następnie wrócił do DC, tym razem jako scenarzysta. Star Hawking, Man-hunter 2070, Star Rovers, Knights of the Galaxy, Space Cabbie i inni (Chaykin puścił oko do własnych fanów przemycając tam Iron Wolfa) pięcioligowi bohaterowie DC, zostali przywróceni do życia w mini-serii „Twilight”. Rysunki stworzył Jose Luis Garcia Lopez, w duchu klasycznego sci-fi – choć kiedy seria powstaje, mamy już lata 90. Polecam ją przede wszystkim fanom tego ducha. Nie trzeba nic wiedzieć o herosach, żeby się przy niej świetnie bawić. Nasączony cierpkim humorem melanż motywów fantastycznych, dla totalnie świadomego, dorosłego czytelnika. W kosmicznym krajobrazie powraca temat stale przewijający się przez scenariusze Howarda: opętane marzeniem o własnej potędze kobiety i próbujący wyjść cało z opresji mężczyźni. Przytłoczeni ich szaleństwem, ale w tym całym zaplątaniu, bardziej sceptyczni niż romantyczni.

Wypowiedź Timothy’ego Callana o Twilight dobrze oddaje to, w jaki sposób Howard obchodzi się z bohaterami, jak i styl w jakim mój stary masakrował kolegów w anegdotkach:

„In typical Chaykin fashion, he took the gloves off, smacked the characters around, fornicated with their siblings, and then blew everything up. But, also in typical Chaykin fashion, he did it with kind of fondness – if not for the characters, then for the story he was telling. Twilight is an exceptionally ambitious DC comic book story, done with flair, and a precise attention to detail. It doesn’t feel like the work of someone who was out to cynically deconstruct these characters, even if that’s what ends up happening. It’s perhaps best termed as an affectionate deconstruction, done with a razor sharp edge”.

 

wp-image-1244013008

(Twilight, wyd. zbiorcze/ DC, 2014/ kolekcja prtwatna)

Z ukończeniem tego komiksu zbiega się urlop od branży i próba zmiany branży na telewizyjną. Howard, jako scenarzysta, jedzie do Hollywood. Pracuje min. przy serialu Flash (tym z lat 90.), w jednym zespole z Alanem Moorem. Jego nazwisko pojawia się też przy Earth: Final Conflict (Ha! Znów Roddenberry) i Mutant X.

Kiedy nie rysował komiksów, tworzył mnóstwo ilustracji do RPG, okładek powieści, ilustracji komercyjnych. Warto wspomnieć, że jest kolekcjonerem ilustracji z lat 20-60. Podobno jego kolekcja opiewa na tysiące pozycji, a o ulubionych rysownikach może gadać godzinami. Podobnie jak o muzyce. Nawet nic o nim nie wiedząc, a tylko czytając jego komiksy, da się odczuć, że to oko sięga dalej niż brzeg kartki. Jego światy są podejrzanie kompletne i namacalne. Tylko ktoś, kto ma sporo do zaoferowania jest w stanie stworzyć takie potworności z żywym, bijącym pod grubą skórą sercem.

Legenda głosi, że wszystkim swoim uczniom i asystentom każe zbadać Alexa Totha i Harveya Kurtzmana, oraz przepytuje ich ze znajomości poza-komiksowych artystów. Ach, groźni mistrzowie! Nie ma chyba dziedziny sztuki, która pozwalałaby ich ominąć w procesie kształcenia.

Po powrocie na scenę komiksową Howard z czułością dekonstruuje kolejnych herosów.

W ramach Batman: Elseworlds możemy znaleźć go na stanowisku scenarzysty w zachwycającym, klimatycznym opowiadaniu Batman – Houdini. Nie omieszkał też postawić całego Gotham na głowie w mini-serii Thrillkiller, gdzie mamy do czynienia z Jokerem-kobietą (który wychodzi na tym zabiegu znacznie lepiej niż Thorzyca).

wp-image-439205473

(Batman Houdini z Batman Elseworlds vol 1/ DC, 2016/ kolekcja prywatna)

Mierzy się ze swoim idolem z czasów dzieciństwa – Blackhawkiem, nieomal doprowadzając twórcę oryginału do zawału.

wp-image-767185956

(Blackhawk book one/ DC, 1987/ kolekcja prywatna)

W późniejszych latach zrewiduje spojrzenie na własną legendę – Dominika Fortunę.

wp-image-1392533259

(Dominic Fortune/ Marvel Max, 2010/ kolekcja prywatna)

Bierze się też za bary legendarnym Buckiem Rogersem. Poniżej porównanie ilustracji w b&w i w kolorze. Czujesz to? (Hermes Press, 2013)

wp-image-667800177

Zużytych zębem czasu bohaterów wykorzystuje też nie bezpośrednio, produkując doskonały pastisz. Anty-superbohaterski komiks – Power & Glory.

Seria zaczyna wychodzić w 1994, czyli na 12 lat przed „The Boys” Ennisa. Jeśli szukaliście inspiacji, która mogła naprowadzić Gartha na stworzenie Homelandera (w wydaniu polskim – Ojczyznosława ❤️) , nie szukajcie dalej. To jest Powell, to znaczy Power. Superskóra zdarta.

Używając pokracznych superbohaterów powstałych na zamówienie rządu w wyniku mutacji genetycznych (fani Boys’ów – nie śpicie?!*), z bezlitosnym humorem i szczyptą perwersji Howard wyżyma amerykańskie struktury polityczne (skręcając przy tym kark raczej prawej stronie) jak starą szmatę. Narysowana w jego klasycznym stylu, podana z jego klasycznym, ciętym językiem, zarąbista zabawa.

(Power & Glory, Dynamite Entertainment, 2008/ kolekcja prywatna)

*wiemy jednak na pewno, że nie zostały zgłoszone żadne pretensje. Howard sam narysował rozdział „Chłopaków” i kilka alternatywnych okładek do wydań zeszytowych. Współpracował też z Ennisem przy osobnych projektach, np. mini serii Marvela „War is hell: first flight of the Phantom Eagle”.

Warto zajrzeć też do Mighty Love – pozbawionej sentymentów historii o miłości dwóch superbohaterów, prowadzących podwójne życie.

wp-image-164206349

(Mighty Love/ DC, 2003/ kolekcja prywatna)

Równie pokręcona jest Chaykinowa adaptacja Challengers of the Unknown, zrealizowana dla DC. Niepozorna ekipa przypominająca fantastyczną czwórkę długie lata przespała w lamusie, żeby obudzić się na masowym gangbangu w umyśle mistrzunia. Czego tam nie ma! Nieśmiertelna dziewica parająca się eugeniką na księżycu, nanotechnologia, sekciarstwo, transwestyci, korupcja. No i oczywiście superbohaterowie. Żyć, nie umierać.

wp-image-814402984

(Challengers of the unknown/ DC, 2006/ kolekcja prywatna)

Nie myśl, że z upływem lat Howard dał sobie przypiąć tę bezpieczną łatkę speca od spuszczania gaci bohaterom minionego stulecia. Powstało, i nadal powstaje, mnóstwo autorskich serii, choć zmienił się zasadniczo ich wygląd. W wywiadzie, który można znaleźć na Youtube o TU, Chaykin wychwala zdobycze technologii, digital colouring, grafikę komputerową i dobrodziejstwo wielkiej oszczędności czasu jaka się z tym wiąże. Doceniam, że „he refuse to be that old fashioned guy”, i że dopasowuje się do potrzeb rynku, ale nie darzę jego ostatnich prac taką miłością, jak tych z lat 70-90. Z prostej przyczyny, która może wydawać się błaha, ale stanowi taki sam problem jak niegdyś tuszowanie cudzą ręką – doboru kolorysty. Na planszach pokolorowanych przez Jesusa Aburtova, z którym Howard ostatnio regularnie pracuje, wszystko się świeci, a po oczach biją jaskrawe barwy. Chirurgiczna precyzja programów graficznych spłaszcza rysunki Howarda i pozbawia je dynamiki. Co innego, kiedy są w czerni i bieli! Tu zdecydowanie wyróżnia się 3-tomowa seria Satellite Sam, ze scenariuszem Matta Fractiona.

wp-image-1022299796

(Satellite Sam vol.2/ Image comics, 2014/ kolekcja prywatna)

Jeśli chodzi za Tobą dobry komiks w klimacie brudnego kryminału noir, polcam najpierw sięgnąć po Fade Out Brubakera  a potem na-ten -tychmiast, po Satellite Sama. Czytając miałam wrażenie, że Fraction chciał wypróbować swoją umiejętność we wcielaniu się w innego autora. Zrobił to bardziej Chaykinowsko niż sam Chaykin byłby w stanie. Począwszy od tego, że drama rozgrywa się na planie serialu sci-fi w latach 60, po tajemnicze morderstwo na tle seksualnym i znajomą gamę postaci.

Na uwagę zasługuje też melancholijny one-shot Marked-man. Historia faceta, który po zakończeniu wojny wpada w samonakręcającą się spiralę bezradności i wydostaje się z niej w wyniku wstrząsu.

 

wp-image-726043152

(Marked Man/ Dark Horse, 2012/ kolekcja prywatna)

W Vertigo ukazała się też dość odjechana saga „Bite Club” o mafii wampirów, którą trzęsie producentka muzyczna. Bardzo miła rozrywka na leniwy wieczór z krwawą mary.

wp-image-727462471

(Bite Club/ Vertigo, 2007/ kolekcja prywatna)

Ostatnio Howard pracuje nad budzącym niespodziewanie wiele kontrowersji projektem – Divided States of Hysteria. Przeczytałam dopiero jeden zeszyt, ale mogę ze spokojnym sumieniem zapewnić, że Howard jest w formie i nadal jest niezastąpionym sługą szatana.

All that jive

Pominęłam całe mnóstwo wspaniałych rzeczy, które wyprodukował bohater tego nieznośnie długiego tekstu. Powyższe mini kompendium festiwalowe na jego temat, to tylko wycinek z barwnego spektrum jakie sobą przestawia. Nie ufaj mi przesadnie. Przyjdź na spotkanie, zapytaj go o resztę. Wypatruj niżej podpisanej blondyny z rozbieganym wzrokiem. Wgryź się w soczysty, piękny mózg Chaykina. Może Ci się zrobić trochę niedobrze, ale w końcu przyznasz – było pyszne.

KLIK! Piosenka z obrazka!

Black-Kiss-b

(Plansza z Black Kiss)

pisała M.Lengren

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Jedna myśl na temat “Kim jest Howard V. CHaykin?!

  1. Dzięki za ten materiał. Szkoda, że tekst przeczytałem po spotkaniach z Howardem w Łodzi. Nie wiem czy to możliwe, ale może jeszcze pełniej przeżyłbym to co się tam działo. Howard był prawdziwym wydarzeniem tego festiwalu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s